XXXII Bieg Chomiczówki
Warszawa, Bielany
17.01.2016
Nie próżnuję... Styczeń obfituje w kolejne starty, które zbliżają mnie do osiągnięcia mojego celu.
Dziś wzięłam udział w XXXII Biegu Chomiczówki.
Dokładnie rok temu
kibicowałam ze swojego balkonu tym wszystkim biegaczom, ponieważ trasa
przebiega tuż pod moim mieszkaniem. Obiecałam sobie, że następnym razem
nie będę machać z balkonu niczym Julia swojemu Romeo, ale pobiegnę. I
tak się stało.
W pierwszym Biegu Chomiczówki w 1984 roku wzięło udział 156-ciu biegaczy... dziś było Nas ponad 2 tysiące!
W przeciągu 32 lat tak bardzo zmieniła się frekwencja, a sama impreza
nie jest już lokalnym biegiem osiedlowymi uliczkami, ale podejrzewam, że
na trwale zagościła w kalendarzu biegowym wielu biegaczy.... no w moim
na pewno. W ostatnich latach bieganie stało się modne, co widać po
ilości startujących.
Mieliśmy do pokonania 3 pętle po 5 km. W piątek
spadł śnieg, mimo to organizatorzy zadbali o to, by trasa nie była
ośnieżona. Od rana takim to oto ciężkim sprzętem usuwali śnieg z trasy.
Niestety nie zadbali o wystarczającą ilość miejsc
parkingowych, było z tym trochę bałaganu
i nerwów. Ja na szczęście poszłam piechotą.
i nerwów. Ja na szczęście poszłam piechotą.
Start oraz meta zlokalizowane były pomiędzy blokami z lat 70, 80-tych w samym środku osiedla, co jest dość niespotykane.
Bieg Chomiczówki połączony był z XI Biegiem o Puchar Bielan na 5 km. Podreptałam wcześniej, by kibicować znajomym i przy okazji robić za wieszak z kurtkami.
Im więcej biegam, tym więcej znajomych spotykam,albo poznaję nowych ludzi.
Strasznie to pozytywne, kiedy znasz kogoś tylko z fejsbuka, a ten ktoś
Cię rozpoznaje, krzyczy Twoje imię i klepie po ramieniu, jakby znał Cię
od lat. No cóż, specyficzny mam typ urody i mimo nikłej postury rzucam
się w oczy czy jakoś tak...
Start! Biegniemy! Na początku strasznie
tłoczno na trasie, ale dobiegamy do mojej uliczki osiedlowej i tłum się
rozprasza. Biegnę i macham swojemu ochroniarzowi, nie wiem czy mnie
poznał, ale co mi szkodzi pomachać. Biegnę. Wpadam w kolejne kałuże, w
butach mokro, ciężko. Po ok. 4 km rozwiązuje mi sznurówka (damn)! Staję,
zawiązuję, ktoś krzyczy: "Zawiąż na supeł", odwracam się a to Pan lat
na oko 70... mądrala, pewnie biega dłużej niż Ja żyję (podziwiam).
Zawiązuję, ale nie na supeł bo za krótkie te sznurówki.
Przy drugim
okrążeniu słyszę: A my się chyba znamy", odwracam się i rozpoznaję
Panią, którą spotkałam na Biegu Noworocznym, lat 61(i znów podziwiam).
Wymieniamy jakieś tam uprzejmości, uśmiechy i biegniemy dalej. Dublują
mnie te wszystkie harpagany z długimi nogami i mocno zbudowanymi,
seksownymi udami (a sobie człowiek chociaż popatrzy) i okrzykiem "Lewa
wolna"... niektórych mocno to denerwowało... mnie jakoś nie. Ostatnie
okrążenie biegnę najszybciej.... mam siłę. Jeszcze jeden zakręt i
sprintem do mety. Swoją drogą tych zakrętasów sporo było, a że ślisko do
tego... trzeba uważać, aby nie wywinąć pirueta i nie narobić sobie
wstydu przed kibicami. Uważaj! Ludzie patrzą! Swoją drogą, kiedy widzę
kibiców na trasie, jakoś tak szybciej zaczynam biec, pierś do przodu,
pewna siebie postawa, mówiąca: "Jestem zajebista!" (mimo, że nie jestem,
mimo, że wcześniej miałam nos przy ziemi i sapałam jak lokomotywa,
ciężka ogromna i pot z niej spływa)... nie nie... przy kibicach nie
wypada.
Dobiegam sprintem na metę, choć dla niektórych mój sprint,
to trucht żółwia po maśle orzechowym... Ja za każdym razem mam wrażenie,
że przekraczam prędkość światła, dźwięku, łamię prawa fizyki i
grawitacji... a potem patrzę na nagranie... Ok... niech będzie żółw. Dobiegłam!
Na koniec kawka, herbata i obowiązkowo... grochówka z bułką.... mniami...A kto chciał, mógł zakupić grillowaną kiełbaskę, karkówkę lub kaszankę... takie zdrowe jedzonko dla biegaczy.
I zadowolona jestem. Bo spotkałam znajomych, bo pobiegałam, bo poziom
endorfin przekroczył zakres wartości referencyjnych, bo to był kolejny
udany dzień!
WYNIKI:
Dystans: 15 km
Czas 01:16:03
Czas 01:16:03
Miejsce OPEN: 698
Miejsce K30: 36


Komentarze
Prześlij komentarz