Mitja Marato De Barcelona

Barcelona

14.02.2016


W listopadzie 2015 wzięłam udział w moim pierwszym zagranicznym półmaratonie we Włoszech nad Jeziorem Garda. Pomimo tego, iż wróciłam z kontuzją, która na pewien czas wykluczyła mnie z biegania, czułam, że chcę więcej. Zwiedzanie poprzez bieganie, taka opcja bardzo mi odpowiada, łączenie przyjemnego z pożytecznym. Kiedy koleżanka zaproponowała mi udział w półmaratonie w Barcelonie, nie zastanawiałam się nawet przez chwilę i zapisałam zaraz po powrocie z Włoch i z niecierpliwością czekałam na ten wyjazd. 

I wreszcie nadszedł ten dzień! 
13 luty... pakuję buty do biegania, strój Świtezianki (tak nazwałyśmy Nasz dwuosobowy team biegowy, na potrzeby zagranicznych starów) w postaci koszulki, spódniczki oraz wianka biegowego, dorzucam do tego flagę narodową, farbki do malowania twarzy. Jestem gotowa. Wsiadam do samolotu i lecę do jednego z najpiękniejszych miast w Europie! 
Około północy docieram na miejsce. Barcelona wita mnie burzą, deszczem i silnym wiatrem. Super ... myślę sobie ... nie o takim powitaniu marzyłam, ale trudno... oczekiwania oczekiwaniami, a rzeczywistość jest jaka jest. Albo zaakceptujesz, albo będziesz marudzić i chodzić z nosem na kwintę. Nie marudzę i czekam cierpliwie na pociąg, który zawiezie mnie na miejsce, gdzie mamy nocleg. Docieram, jest już grubo po północy, o 2 kładę się spać i... za cholerę nie mogę usnąć. Nerwy, podróż, nie wiem. O 7 dzwonią nasze budziki. Szybko zrywamy się z łóżek, wskakujemy w stroje, buty, jemy szybkie śniadanie i w drogę, bo czas goni. W metrze spotykamy biegaczy i podążamy za nimi... miejscowi, więc znają drogę. Docelową stację zalewa tłum półmaratończyków spieszących na start. Szybko odnajdujemy depozyty, nie ma kolejek, bo już późno, zostawiamy biegowe worki, które organizator zagwarantował nam w ramach pakietu startowego. W pakiecie była jeszcze koszulka (ale my mamy swoje) oraz nr startowy z mapką i informacjami o godzinie startu. I to mi się podoba... bez  ulotek, kremików czy innych zbędnych rzeczy
Trzyosobowa reprezentacja Polski w całej swej okazałości przed startem. Fot. Ania Przybylska.
Oczywiście budzimy zainteresowanie naszym dość oryginalnym wyglądem. Pośród tłumu udaje nam się odnaleźć znajomego mojej współbiegaczki. Nasza trójka wyróżnia się emblematami narodowymi. Świtezianki z flagami na twarzy, Wojtek w czerwonej koszulce z orłem. Nikt nie ma wątpliwości skąd jesteśmy. 
 "Na ile biegniesz?" pyta Wojtek. "Na 1h50" odpowiadam. "OK, będziemy więc biec razem". 
Startujemy z zielonej strefy, a w chwili startu sypie się zielone konfetti, wszyscy krzyczą radośnie, kibice biją brawa. I tym oto sposobem znajduję się na trasie w towarzystwie 16 -tu tysięcy pozostałych biegaczy.
Po wczorajszej burzy pozostało jedynie wspomnienie.  18 stopni, świeci słońce... przepraszam, czy naprawdę mamy luty???
Na trasie. Fot. Ania Przybylska.
Fontanna przy Placu Katalońskim.
Trasa początkowo wiedzie od Łuku Triumfalnego przez przepiękne Stare Miasto. Pierwsze kilometry biegnie mi się wspaniale. Utrzymujemy tempo dużo poniżej 5.10 min/km. Mamy nawet siłę, by rozmawiać. Napawam oczy  widokami,  miasta, o których urokach tak wiele słyszałam. Teraz mam okazję poznać je osobiście w biegu. 
Docieramy do Placu Katalońskiego. Ten zaprojektowany w 1859 roku  skwer stał się sercem Barcelony, gdzie można spotkać modernistyczne kawiarnie, sklepy bary i pomniki, ale mnie najbardziej zachwyciły  efektowne fontanny.  Na 5 km dostajemy wodę w butelkach. Słońce dogrzewa, czuję pragnienie, upijam kila łyków. Resztę zostawiam na później. Dalsza trasa przebiega w dół słynnej alei Las Ramblas, najsłynniejszego deptaka, który tak naprawdę jest ciągiem pięciu ulic z mnóstwem straganów, kawiarni, kuglarzy, tancerzy... klimat zupełnie jak na naszych Krupówkach. Hiszpański poeta Federico Garcia Lorca mawiał: "Rambla to jedyna ulica na świecie, która mogłaby nie mieć końca". Kiedyś w tym miejscu znajdowała się rzeka, ale rzeka wyschła, a nazwa pozostała (La Rambla z hiszp. oznacza przerywany przepływ wody).  Na końcu deptaka żegna Nas sam Krzysztof Kolumb. Spogląda na Nas z góry i zastanawia się dokąd  tak wszyscy biegniemy, jaki jest cel ("Nienormalni jacyś, Ameryki nie odkryjecie" mówi Jego spojrzenie). Dalej trasa prowadzi na Avenida del Parallel, którą docieramy do modernistycznej dzielnicy Eixample. Znów mijamy Łuk Triumfalny, a zaraz potem Park de la Ciutadella. 
Torre Agbar nocą.
Na około 10 km wyrasta przed Nami Torre Agbar. "Wieżowiec inspirowany jest Gaudim i kształtem znajdujących się nieopodal stolicy Katalonii wzgórz Monserat. Wg projektanta „wieża wyrasta z ziemi niemal jak gejzer sięgający błękitnego nieba Barcelony”... mi osobiście przypomina... hmmm no może lepiej nie będę mówić co.Budynek robi na mnie wrażenie nocą, pięknie oświetlony góruje nad miastem.
Egoismo Positivo  z podopiecznym na wózku.
Ok... 10 km za Nami, a teraz już z górki... Tzn. trochę pod górkę, bo podbiegi i pod wiatr. 
Mam coraz mniej siły, ale utrzymujemy tempo, mamy nawet jakieś 2 minuty w zapasie. Gdzieś w oddali słyszę radosne okrzyki, wiwaty i śpiew. Po chwili dowiaduję się, kto jest ich autorem. Otóż mijam  rozśpiewaną gromadkę ludzi w czarnych koszulkach z napisem   "Egoismo Positivo" (Pozytywny Egoizm?? hmmm). Nie biegną sami, przed sobą mają wózki z niepełnosprawnymi dzieciakami i dorosłymi. Coś niesamowitego. Zmieniają się co jakiś czas, ale widać, że optymizm ich nie opuszcza. A osoby na wózkach są prze szczęśliwe, biorąc udział w biegu. Na widok Świtezianki w wianku, cała brygada coś krzyczy (oczywiście nie rozumiem, bo po hiszpańsku, a ten język obcy jest mi zupełnie obcy). Macham więc, coś krzyczę i uśmiecham się najszerzej jak potrafię. Któryż z "Pozytywnych" podbiega z telefonem na tym śmiesznym kijku, robimy słit focie, znów machamy, uśmiechamy i biegniemy dalej.
Mijamy kolejne uliczki Barcelony. Ok. Jest 15 km. Oszukuję głowę, że jeszcze tylko lekka piątka i będę w domu, tzn. na mecie. Wojtek widzi, że słabnę, dostaję więc jakieś świństwo żelowe, które popijam wodą. Powinno pomóc. Przez całą drogę to On pilnuje tempa, trzyma moją butelkę z wodą, podając co jakiś czas. Dobrze mieć tak dobrego kompana, który zagaduje, podtrzymuje na duchu, kiedy mówię, że już nie mam siły ("Dasz radę, jeszcze tylko 4 km" oszukiwał, gdy de facto było 5 z kawałkiem), a nawet bierze za rękę i ciągnie za sobą, kiedy wypadam z tempa. Przyzwyczajona do tego, by zawsze radzić sobie sama (Bo"Ona jest twarda"), jestem zaskoczona postawą człowieka, którego tak naprawdę poznałam w dniu biegu. I gdyby nie ta pomoc, odpadłabym po 15 km. 
Ostatnie kilometry ciągną się przy plaży, piękny widok, ale Ja jestem zbyt zmęczona, by je podziwiać. Czasem któryś z kibiców krzyczy moje imię, uśmiecham się, czasem macham i biegnę. "Jeszcze dwa kilometry, nie możesz teraz się poddać"... "Tak, mam ochotę się poddać,  i zabić Cię, za to, że nie pozwalasz mi się poddać" myślę. Ale  chyba nie mówię tego na głos. Choć w tym momencie nie zależy mi na tej życiówce, jestem zmęczona . "Teraz musimy trochę przyspieszyć, do mety zostało 500 m, będziemy na styk" wyrokuje Wojtek. "Chcesz mnie k*wa zabić? Chcesz to biegnij, Ja nie dam rady" krzyczę ostatkiem sił. Na co mój współbiegacz bierze mnie znów za rękę i ciągnie za Sobą. Czasem tak niewiele trzeba, wystarczy chwycić czyjąś dłoń i powiedzieć: "Pomogę Ci" i wszystko staje się łatwiejsze, nie tylko w bieganiu, ale w całym życiu. Ostatnie 100 metrów... uwalniam rękę z uścisku, biorę się w garść i wpadam na metę tuz za Wojtkiem. Mam ochotę się rozpłakać, ale ... chwila oddechu i chęć by się rozkleić odchodzi, przychodzi natomiast radość. Czas 1:50:08. Ehhh te 9 sekund, które straciłam na mazanie się po trasie. 

Meta znajduje się przy Łuku Triumfalnym. Łuk Triumfalny pełnił on zaszczytną rolę głównego wejścia na Wystawę Światową, która odbyła się w 1888 roku. Widnieje na nim napis,  "Barcelonarep les nacions", co oznacza "Barcelona wita narody”, a dziś łuk wita biegaczy różnych nacji.
Przechodzimy przez plac pełen uśmiechniętych biegaczy, po drodze dostajemy picie, banany, pomarańcze, a na końcu czeka na Nas nagroda w postaci medalu. Dekoruje mnie przemiła Pani, która uśmiechem reaguje na mój widok... dziewczynki z wiankiem z głowie.  Mamy zasłużone medale. Triumfujemy na tle Łuku Triumfalnego.

Udajemy się w stronę depozytów. Jest kolejka, ale wolontariusze uwijają się jak pszczoły w ulu i nie czekamy zbyt długo. 
O dziwo spotykam osobnika w podobnej jak moja spódniczce (chyba z Irlandii może się mylę, nie pamiętam). Dużo śmiechu i sesja z nóżką w górze. Przed wylotem udało mi się kupić flagę, z którateraz obnoszę się dumna jak paw. I maszerujemy znów pod łuk, a potem już prosto nad morze. Ludzie bardzo fajnie reagują na dwie blondynki z wiankami na głowie, z czego jedna owija się flagą. Mijając nowoczesne działa sztuki, rzeźby docieramy do Barcelonety. Moją uwagę przykuwa rzeźba o kształcie bezgłowej ryby, czy słynna Złota Ryba. Została stworzona z okazji Letnich Igrzysk Olimpijskich 1992, elementy wykonane z metalowych płytek świecą na słońcu niczym rybie łuski. Bardzo ciekawa konstrukcja, która stanowi integralną część nadmorskiego deptaka.


I jest... morze!!! Plaża, słonko i... luty. "Idzie luty zdejmij buty" modyfikuje stare porzekadło moja współtowarzyszka niedoli Aga. Ściągamy buty, rozkładamy płaszcze termiczne, które dostaliśmy po biegu i wylegujemy się na piasku, popijając piwo. Żyć nie umierać. Tylko... czuję się przez chwile jak na plaży we Władysławowie, tudzież innej Jastarni, bo z obu stron otaczają Nas...grupy Polaków. Z Warszawy oraz Szczecina, bardzo sympatyczni (jak wszyscy biegacze-podróżnicy!). Rozmawiamy, wymieniamy wrażenia, moczymy nogi w morzu. 
Czy mogą polecić ten bieg? 
TAK! Zdecydowanie tak. NO chyba, że ktoś woli po górach biegać. Ale  wszyscy miłośnicy biegów ulicznych nie będą zawiedzeni.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Poradnik kibica

Bieg Rzeźnika, czyli nie tak miało być...

100 miles of Istria