Garda Trentino Half Marathon

Riva Del Garda
08.11.2015 


Jezioro Garda, mekka dla rowerzystów, miłośników górek i zjazdów. O biegu dowiedziałam się przeglądając stronę runandtravel.pl. Spojrzałam na opis i pomyślałam: "Kiedyś tam pojadę!". Wprawdzie wówczas nie miałam na swoim koncie żadnego oficjalnie zaliczonego półmaratonu, jedynie kilometry wybiegane w lesie i zaliczony Warsaw Orlen Maraton. 
"Kiedyś... a właściwie dlaczego nie w tym roku?" Zaczęłam lobbować znajomych, by ktoś pojechał ze mną. Nie musiałam zbyt długo namawiać koleżanki, szybko chwyciła bakcyla i tym sposobem wyruszyłyśmy w podróż w stronę pierwszej zagranicznej imprezy biegowej. 
Postanowiłyśmy, że najwygodniej będzie jechać autem, zatrzymując się w Wiedniu i małej włoskiej miejscowości (której nazwy nie pamiętam) i odwiedzając przy okazji znajomych. 
Od miejsca naszego noclegu do miejsca startu dzieliły nas jakieś dwie godziny drogi. No i...Oczywiście zaspałyśmy, więc z rana rozgrzewka, bieganina po mieszkaniu, pakowanie, nerwy i sio do auta. Pędzimy. GPS wskazuje, że będziemy z lekkim zapasem. Po drodze niespodzianka... mgła jak śmietana, nożem ciąć można, więc wleczemy się tempem żółwia.
 Jakimś cudem udaje Nam się dotrzeć przed zamknięciem biura zawodów. Parking na szczęście znajduje się blisko, z miejscem nie ma problemu. Parkujemy i pędzimy po pakiety.
Kolejka nie jest długa, dobrze oznaczone miejsce, gdzie jaki nr może pakiet odebrać. Na plus. Odbieramy bez problemów. Po drodze zahaczamy o stoliki z darmową kawą, ciasteczkami, bułeczkami, jogurtami i innym jedzonkiem. W pakiecie obowiązkowo koszulka (dostaję M, ale nie ma problemu z wymianą na S), jabłka, mleko zwykłe, mleko do kawy, jakaś cytrynka, orzeszki, batony, soczki i oczywiście mnóstwo ulotek (jak Ja tego nie lubię). 

Mała rozgrzewka i lecimy na start. 
Dookoła uśmiechnięci ludzie (jak to biegacze mają w zwyczaju, przed startem), niektórzy ze skupioną miną opracowują strategię biegu, inni zerkają z przerażeniem na innych biegaczy, prawdopodobnie to ich pierwszy półmaraton, więc strach: Czy dam radę.
Startujemy. Endorfiny mi szaleją, nie wierzę, że jestem w tym miejscu, o którym pół roku temu mogłam jedynie marzyć. Ale jestem, tu i teraz i biegnę z muzyką z włoskiego radia.

 Biegniemy przez miasteczko, witają nas okrzyki kibiców, uśmiecham się, śmieję, nadal nie wierzę w swoje szczęście. Wbiegamy w tunel wydrążony w skale, wydajemy okrzyki, a odpowiada nam echo, jest głośno i radośnie. Niedługo po wybiegnięciu z tunelu wpadamy na drogę za miastem i wtedy moim oczom ukazują się piękne góry. I znów się uśmiecham, nucę pod nosem jakąś włoską melodię (nie wiem skąd znam, ale nucę). Po 5 km czeka punkt odżywczy, zabieram wodę w butelce, upijam kilka łyków, jest gorąco, więc pije partiami. Kolejne punty znajdują się co 5 km, czyli tyle ile potrzebuję.

Wpadamy na ścieżkę między sadami, a dalej asfaltowa droga wiedzie aż do Arco. Tam odbijamy i wzdłuż kanałku wracamy do Riva Del Garda, mając przed sobą widok na góry. Zawsze obserwuję ludzi podczas biegu, technikę biegową, ale tym razem moja uwaga skupiła się na ludkach biegnących w koszulkach z napisem
 " If you can dream it you can do it"
I znów się uśmiecham, bo robię to o czym wcześniej marzyłam.  Czy marzenia się spełniają, czy marzenia się spełnia? Zdecydowanie myślę, że trzeba dążyć do spełniania marzeń. Czasem nie wiemy o tym jaka siła w nas drzemie, jaki mamy potencjał. Czasem podziwiamy osiągnięcia innych, nie wiedząc, jak wiele sami potrafimy zdziałać. Warto mieć marzenia, a droga, która wiedzie do ich spełnienia jest najpiękniejszą z dróg.
Ostatnie kilometry wiodą tuż przy Jeziorze Garda i to jest coś pięknego. Mając tak cudowne widoki, aż chce się biec, mimo, że to końcówka i sił coraz mniej. Nadal nie mogę przestać zachwycać się otaczającą mnie panoramą. To dodaje mi skrzydeł. Przez całą trasę utrzymywałam równe tempo, więc na końcówce mam zapas sił by przyspieszyć. Mijam mostek, wbiegam do parku, został już tylko kilometr. Witają mnie kibice, patrzę na czas... mam szansę na pobicie swojego rekordu! Meta znajduje się na rynku miasteczka 
Wpadam na metę, przeszczęśliwa. Jest życiówka!!! 1h52min, znów ścięłam 2 minuty... dla mnie to dużo. Biegam zaledwie rok i nigdy nie myślałam o pokonywaniu takich dystansów!
Odbieram medal, rozmawiam z ludźmi, jednak czuję, że jest coś nie tak z moją stopą. Jeszcze nigdy nie czułam takiego bólu po dotarciu na metę. Skurcz rozprzestrzenia się od podeszwy, przez całą nogę. Zdejmuję buty, rozciągam stopy. Jest lepiej, będę żyła. 

Z mety do miejsca startu zabiera Nas autobus. Także kolejny plus dla organizatorów.
Po biegu zwiedzamy miasto obnosząc się ze swoimi medalami. Jest listopad, w Polsce jakieś 5 stopni, tu 21, cóż za miła odmiana.
Piękny krajobraz, lazurowa woda jeziora, w którym można (w listopadzie!!!) moczyć zbolałe stopy.
Niestety mój ból stopy okazał się nie takim tam zwykłym, bólem stopy, ale zapaleniem więzadeł podeszwowych, który  na miesiąc wykluczył mnie z biegania nie żałuję, ani wysiłku, ani drogi. To Była moje pierwsza zagraniczna przygoda biegowa. To zupełnie jak pierwsza miłość, którą się  idealizuje i wspomina do końca życia. I Ja tak właśnie wspominać będę ten półmaraton.  
Pomimo bólu, który musiałam znosić tuż po biegu, warto było.  
Podobno każda miłość, jeśli jest prawdziwa, czasem boli. A Ja kocham biegać. I nie przestanę!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Poradnik kibica

Bieg Rzeźnika, czyli nie tak miało być...

100 miles of Istria