Dlaczego zaczęłam biegać?

H. Murakami w swojej powieści "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" napisał:
Pewnego dnia, ni stąd, ni zowąd, zachciało mi się napisać książkę. A innego dnia, ni stąd, ni zowąd, zacząłem biegać – tylko dlatego, że chciałem. Zawsze robiłem w życiu to, na co miałem ochotę. Ludzie mogą mnie zatrzymywać, przekonywać, że popełniam błąd ale ja się nie zmienię".
Podobnie było ze mną. No może niezupełnie, ale podobnie.
Ale od początku.
Oczywiście motorem do wszelkich działań jest zazwyczaj coś.
Ja po prostu... dostałam w łeb i to dosłownie. Zdarzenie miało miejsce gdy grzecznie, jak co rano dreptałam do pracy (z mieszkania, które zakupiłam i do którego wprowadziłam się dwa tygodnie wcześniej), aż tu nagle, trach, prach i leże na ścieżce z rozciętą głową. Oczywiście karetka, policja... duże zamieszanie wokół mojej osoby, kilka szwów i siniaków na twarzy niczym u ofiary przemocy domowej (bo zupa była za słona).
Po otrzepaniu kurzu, wielu nieprzespanych nocach, walki pomiędzy sercem a rozumem, wyleczeniu ran ciętych oraz szarpanych pomyślałam: Wstań, popraw koronę i zrób coś!
Marta Frej.
Pierwszą decyzją było podreptanie do klubu fitness. Nie wyglądałam na okaz zdrowia, oj nie...39 kg żywej wagi, kości przykryte skórą, poblakła twarz od rozterek. Przypadkiem trafiłam na zajęcia CrossFit. Gdybym wtedy wiedziała z czym to się je, podejrzewam, że nie zdecydowałabym się. Ale tak to już jest w moim życiu, rządzi nim przypadek, a może przeznaczenie...sama nie wiem. W każdym razie mój trenejro spojrzał na mnie.. widziałam w jego oczach co myśli: Dziewczynko, przedstawiasz obraz nędzy i rozpaczy. Spytał tylko czy zrobię pompkę? Hę?? Pompkę? Myślę sobie, patrząc na moje wymizerowane ramiona... chyba nie. Ale nie poddałam się, wytrzymałam całe zajęcia i przyszłam na kolejne i następne. Być może to zasługa trenera, który potrafił skupić uwagę a takiej sirocie jak Ja, albo mu się szkoda zrobiło... nie wiem. Chodziłam, ćwiczyłam, dawałam z Siebie jak najwięcej, aż w końcu przestałam odstawać od grupy i radziłam sobie całkiem nieźle. A jaką miałam satysfakcję, kiedy udało mi się zrobić pierwszą pompkę... wow...Świat należał do mnie. No i wszystko ładnie pięknie... gdyby nie bieżnia. Biegać??? Ja mam biegać? Przecież Ja nie lubię się męczyć! Ehh ta cholerna bieżnia, kto to kurna wymyślił?... No i znów byłam najgorsza w grupie.. A muszę podkreślić, że należę do osób ambitnych, muszę być w czymś dobra, ba...nawet najlepsza! Mówię więc do trenejra prawie zalewając się łzami: Nie lubię biegać, mogę na wiosła? On na to bez litości: Zacznij lubić. Zacznij biegać.

No więc wkurzona do granic możliwości wróciłam do domu, założyłam buty i pobiegłam... Prawie płuca wyplułam, ale przebiegłam w ślimaczym tempie 5 km. Zawsze byłam uparta, więc mimo złości, łez, które cisnęły mi się do oczu dałam radę. I tak złapałam swoją biegową zajawkę, która trwa do dziś, podsycana przez ludzi, biegowych wariatów.
Dziś chciałabym bardzo podziękować Panu, który walnął mnie tego poranka mocno w głowę!
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Poradnik kibica

Bieg Rzeźnika, czyli nie tak miało być...

100 miles of Istria